Oryginał z przymrużeniem oka...
Przystępując do remontu, a w zasadzie odbudowy zabytkowego motocykla, musimy wpierw dokonać pełnej inwentaryzacji wszystkich posiadanych podzespołów i elementów. Motocykl rozbieramy do zupełnego negliżu dokumentując poszczególne etapy fotografiami i dokładnymi opisami. Dotyczy to w szczególności drobnych detali, by w przyszłości wiedzieć, jak i gdzie były one zamocowane. Najlepiej, wykorzystując do tego celu gruby zeszyt, założyć specjalny dziennik, w którym systematycznie będziemy notowali i rysowali. Kiedy już wszystkie posiadane podzespoły będą odnawiały się u wyspecjalizowanych fachowców, wykorzystujemy ten czas na przygotowanie dokładnej dokumentacji danego motocykla. Polega to na zgromadzeniu wszelkich dostępnych opisów, fotografii, instrukcji itp. Każdy, kto choć raz odbudowywał zabytkowy motocykl wie, że najważniejszym jego etapem jest "dopieszczanie i upiększanie" naszego cacka. Niektóre detale są już dziś praktycznie niemożliwe do zdobycia i tu właśnie musimy wykazać się pomysłowością i kreatywnością. Poniżej opiszę kilka przykładów kreatywnej odbudowy polskiej przedwojennej "setki".
W moim motocyklu brakowało puszki narzędziowej - zwiniętego z cienkiej blaszki rulonu zakończonego z obu stron delikatnie wyoblonymi dekielkami o średnicy 85 mm. Oglądając wykonaną w Muzeum Techniki fotografię oryginalnej puszki zaczęłam zastanawiać się, jak tanim kosztem taką puszkę dorobić. Widziałam co prawda taką puszkę na jednej z brytyjskich internetowych aukcji, ale koszty jej zakupu i sprowadzenia do Polski mijały się ze zdrowym rozsądkiem i zasobnością mojej skarbonki. Skupiłam się więc na posiadanej fotografii i rozpoczęłam przeszukiwanie zakamarków pamięci, gdzie podobnie wyoblone dekielki mogłam widzieć... Po dokładnym sprawdzeniu swojej piwnicy i garażu, w poszukiwaniu natchnienia odwiedziłam pobliską składnicę złomu. Już po kilkunastu minutach rozglądania się po stercie żelastwa zorientowałam się, że tuż pod moimi nogami leżą... rozsypane zużyte filtry oleju od jakichś samochodów. To było to! Po dwudziestu minutach byłam już w dużym sklepie motoryzacyjnym i trzymałam w dłoniach dwa nowiutkie filtry do jakiegoś modelu Skody. Po kolejnym kwadransie znajomy ślusarz odcinał na tokarce cudowne dekielki o średnicy 90 mm. Jeszcze tylko zwinąć w rulon pasek blachy, wyciąć dwie blaszki na uchwyty i po wykonaniu kilku spawów puszka gotowa. Była prawie identyczna, prawie, gdyż niewprawne oko nie zauważy 5. milimetrowej różnicy w średnicy...
Chociaż odwlekałam ten moment jak najdłużej, przyszła jednak pora zająć się osprzętem kierownicy. Nie miałam pokrętła gazu. Nie było ono specjalnie skomplikowane, ale wymagało ode mnie zdobycia kilkunastu centymetrów cienkościennej rurki o wewnętrznej średnicy 26 mm. Kiedy nie znalazłam natchnienia w swojej piwnicy, udałam się do Jadzi, zaprzyjaźnionej sąsiadki. Popijając na tarasie pyszną kawę szykowałam się do "przekopywania" zasobów zaprzyjaźnionej komórki. Nagle zdałam sobie sprawę, że kilka metrów dalej, dosłownie przed moimi oczami, stoi oparty o garaż stary męski rower... Błyskawicznie poderwałam się z fotela i już po chwili mierzyłam suwmiarką średnicę sztycy od siodełka - miała dokładnie 25 mm, czyli tyle samo co moja kierownica... Rurka, w którą sztyca wchodziła miała zaś średnicę 28 mm. Bingo! Oczywiście sąsiadom roweru nie pocięłam, ale na mojej ukochanej składnicy złomu takich ram rowerowych zawsze kilka się znajdzie... Rurka była idealna, jak wymarzona. Po kilku godzinach cięcia i piłowania blaszek, i dospawaniu ich do zdobytego kawałka ramy, pokrętło gazu wyszło jak z fabryki.
Kiedy tak wykonane pokrętło gazu pochromuje się i zaopatrzy w gumową rączkę... no właśnie, skąd wziąć taką gumę? Jak założę od WSK czy MZ każdy miłośnik motoryzacji je rozpozna i od razu mi to wytknie. Są jednak gumy, które swoim rysunkiem nie skojarzą się z żadnym znanym motocyklem. Takie gumy odnalazłam na stojącej za swoim domem ... starej, budowlanej taczce. Przepiękne, lekko podniszczone i bez żadnych kompromitujących napisów.
W trapezie przedniego zawieszenia spostrzegłam bardzo ładne i ciekawe podkładki. Miały 20 mm średnicy i delikatnie moletowane ranty, ale dwóch oryginalnych brakowało i ktoś zastąpił je zwykłymi. Patrzyłam na te oryginały i kombinowałam. No właśnie, skąd ja to znam? Po chwili wydłubywałam nożem ze starej skarbonki żółte dwuzłotówki. Wystarczy później nawiercić w nich otwory i mam już komplet "oryginałów".
Współczesne "oryginalne" linki gazu czy hamulca ręcznego nie są moi wynalazkiem. Ktoś kiedyś mi zdradził tę tajemnicę i wyprodukowanie nowych cięgien nie jest specjalnie skomplikowane. Wystarczy z nowych pancerzy zdjąć plastikowe osłonki i założyć na ich miejsce... długie sznurowadła do trampek. Dostępne są prawie w każdym kiosku, a po zdjęciu końcówek okazują się plecioną bawełnianą rurką. Kiedy się je pomaluje brązowym, czy czarnym lakierem wyglądają wspaniale. Także nie są moim odkryciem przewody elektryczne w osłonkach gumowych (kiedyś plastiku nie znano). W sklepach gospodarstwa domowego można czasami kupić do żelazka sznur elektryczny w bawełnianym oplocie. Po jego wypatroszeniu naszym oczom ukażą się wspaniałe przewody w gumowych osłonkach. Do zdobycia jest także przewód wysokiego napięcia, taki starego typu, w oplocie. W wojskowych magazynach do dziś leżą stare sowieckie agregaty prądotwórcze z takimi właśnie przewodami. Wystarczy tylko znaleźć odpowiedniego człowieka z odpowiednio dużą liczbą gwiazdek na pagonach...
Czy można w motocyklu wykorzystać coś z rolniczego ciągnika czy kombajnu zbożowego? Oczywiście, ramka i odblask reflektora od starego typu Ursusa świetnie pasują do lamp stosowanych w przedwojennych małych motocyklach. Kombajn zbożowy zaś to ogromny magazyn różnych łańcuchów napędowych i zębatek. Nie są one może najwyższej jakości, ale przy niewielkich przebiegach pojazdów weterańskich służyły będą przez wiele lat... Bakelitowe kulki, kończące dżwignie sterowania tokarką czy spychaczem, pasują zaś do wielu motocykli jako gałki ręcznej zmiany biegów...
Dorobić, dopasować można prawie wszystko i to za relatywnie małe pieniądze. Odbudowa zabytkowego motocykla nie musi być rujnacją domowego budżetu, ale by tego dokonać trzeba nauczyć się obserwowania otaczającego nas świata i kojarzenia faktów. Zdaję sobie także sprawę, że takie działania dalekie są od profesjonalizmu, ale przecież nie każdego stać na wydatek wielu tysięcy złotych, by móc cieszyć się z posiadania pięknego weterana. Z własnych obserwacji wiem, że wiele osób posiada stare, ciekawe pojazdy i nie remontuje ich z obawy o ogromne koszty takiego przedsięwzięcia. Są wydatki, których się w żaden sposób nie ominie, ale to nie znaczy, że remont staruszka musi być "koszmarnie" drogi...
Katarzyna Kuligowska
|