© Podkowa98.pl
MOTO-BŁOTO-SHOW 2005
czyli Motor-Bike-Show w Warszawie
11-13 marca 2005


Każda impreza którą ktoś organizuje ma jakiś cel. Targi czy wystawy, jak łatwo się domyśleć, mają skłonić potencjalnych klientów do zakupu konkretnego wyrobu. Nie jest istotne, czy towar jest wartościowy i ciekawy, czy to tylko zwykły bubel, ważne by go dobrze wypromować i sprzedać jak największą jego ilość. Takie są prawa rynku i nikt tego nie zmieni.

W dniach 11-13.03.2005 zorganizowano w Warszawie MOTOR-BŁOTO-SHOW czyli targi motocyklowo-motoryzacyjne. Przekręciłam nazwę? Pomyliłam się? Nie, byłam na miejscu i tylko tak mogę podsumować warszawską edycję tej imprezy. Organizatorzy postawili bowiem sobie tylko jeden, ale bardzo konkretny cel - zarobić jak najwięcej pieniędzy...

Na terenie Akademi Wychowania Fizycznego w Warszawie, w której halach zorganizowano wystawę, byłam jeszcze w piątek przed południem, czyli przed oficjalnym otwarciem, i za wjazd na teren zapłaciłam 2 złote. Kiedy zjawiłam się tam w sobotę za wjazd pobierano już 10 złotych, za które mogłam wjechać samochodem na teren tej szacownej uczelni. Problem tylko w tym, że nikt nie pofatygował się, by chociaż odśnieżyć i oczyścić z błota dojazdowe uliczki. 10. centymetrowa warstwa brudnego błota zmieszanego z topniejącym śniegiem zalegała sobie spokojnie na całej szerokości uliczek. Gdzie zaparkować? Nie ma problemu - można się wbić w zalegające obok wysokie zaspy śniegu. A co by było, gdyby puszysta kołderka przykryła betonowy słupek? Nic to, jak mawiał Wołodyjowski, udało mi się zaparkować a słupka pod śniegiem nie było i teraz tylko trzeba dostać się do hali... I tu kolejny problem - nikt nie czekał na mnie z lektyką, nie było helikopterów i jedynym sposobem było przejście piechotą tych dwustu metrów. W cywilizowanym kraju i w czasie cywilizowanej imprezy ktoś by o tym pomyślał, ale nie tu. Brodząc po kostki w śnieżnym błotku, z przemoczonymi butami, dotarłam do hali. Tu trzeba było wybulić kolejne kilkanaście złotych by wejść do środka. Blisko stumetrowa kolejka po bilety wiła się między potężnymi kałużami. Ten, kto swoje w kolejce wycierpiał i stał się szczęśliwym posiadaczem biletu, mógł wejść do środka - do "świątyni" motocykli... Tak mi się jednak tylko wydawało, gdyż hala w środku przypominała raczej turecki bazar. Potworny tłok zwiedzających i brak jakichkolwiek ciągów komunikacyjnych. Organizatorzy tak sobie wymyślili, że można sprzedać każdy centymetr hali wystawcom i niech się oni martwią jak sobie tę powierzchnię wykorzystać. Chcąc się więc dostać do stoiska Automobilisty, musiałam przeciskać się między setkami stłoczonych zwiedzających i gęsto poustawianymi motocyklami. Istny koszmar.

Wystawa mimo tego dała mi trochę satysfakcji. Ciekawe było stoisko Automobilisty, gdzie zaprezentowano kilka przepięknych motocykli zabytkowych. Wrażenie robiła piękna WFM 125 z lat 50. na stoisku firmy, która reaktywowała tę z sentymentem wspominaną dziś markę polskich motocykli, oraz dwa nowe motocykle zagraniczne - Honda GoldWing 1800 z 6 cylindrowym silnikiem, oraz angielskie monstrum - Triumph z pojemnością 2300 w trzech cylindrach. Wzorowy porządek i sensowne rozplanowane stoisko były tylko u Harleya. Szkoda jednak, że z kultowego kiedyś motocykla pozostała już tylko legenda, bo podstarzałego już motocykla, z dołożonymi kolejnymi dwoma pokrytymi chromem śrubkami, nikt poważny nie traktuje jako nowego modelu.

Organizatorzy imprezy wyszli z założenia, że motocykle są dla twardzieli, którzy będą się taplali w błocie, przeciskali cierpliwie przez tłumy i jeszcze płacili za to ciężkie pieniądze, byle tylko zobaczyć "swoje" ukochane cudeńka. No cóż, nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni okazuje się, że takie imprezy są tylko czcią oddawaną jednemu Bogu kochanemu przez wszystkich niezależnie od światopoglądów i wyznania - pieniądzom. MOTOR-BŁOTO-SHOW nie doczekał wiosny i zwinął się w niedzielę...