Każda impreza którą ktoś organizuje ma jakiś cel. Targi czy wystawy, jak łatwo się domyśleć, mają skłonić potencjalnych klientów do zakupu konkretnego wyrobu. Nie jest istotne, czy towar jest wartościowy i ciekawy, czy to tylko zwykły bubel, ważne by go dobrze wypromować i sprzedać jak największą jego ilość. Takie są prawa rynku i nikt tego nie zmieni.
W dniach 11-13.03.2005 zorganizowano w Warszawie MOTOR-BŁOTO-SHOW czyli targi motocyklowo-motoryzacyjne. Przekręciłam nazwę? Pomyliłam się? Nie, byłam na miejscu i tylko tak mogę podsumować warszawską edycję tej imprezy. Organizatorzy postawili bowiem sobie tylko jeden, ale bardzo konkretny cel - zarobić jak najwięcej pieniędzy...
Na terenie Akademi Wychowania Fizycznego w Warszawie, w której halach zorganizowano wystawę, byłam jeszcze w piątek przed południem, czyli przed oficjalnym otwarciem, i za wjazd na teren zapłaciłam 2 złote. Kiedy zjawiłam się tam w sobotę za wjazd pobierano już 10 złotych, za które mogłam wjechać samochodem na teren tej szacownej uczelni. Problem tylko w tym, że nikt nie pofatygował się, by chociaż odśnieżyć i oczyścić z błota dojazdowe uliczki. 10. centymetrowa warstwa brudnego błota zmieszanego z topniejącym śniegiem zalegała sobie spokojnie na całej szerokości uliczek. Gdzie zaparkować? Nie ma problemu - można się wbić w zalegające obok wysokie zaspy śniegu. A co by było, gdyby puszysta kołderka przykryła betonowy słupek? Nic to, jak mawiał Wołodyjowski, udało mi się zaparkować a słupka pod śniegiem nie było i teraz tylko trzeba dostać się do hali... I tu kolejny problem - nikt nie czekał na mnie z lektyką, nie było helikopterów i jedynym sposobem było przejście piechotą tych dwustu metrów. W cywilizowanym kraju i w czasie cywilizowanej imprezy ktoś by o tym pomyślał, ale nie tu. Brodząc po kostki w śnieżnym błotku, z przemoczonymi butami, dotarłam do hali. Tu trzeba było wybulić kolejne kilkanaście złotych by wejść do środka. Blisko stumetrowa kolejka po bilety wiła się między potężnymi kałużami. Ten, kto swoje w kolejce wycierpiał i stał się szczęśliwym posiadaczem biletu, mógł wejść do środka - do "świątyni" motocykli... Tak mi się jednak tylko wydawało, gdyż hala w środku przypominała raczej turecki bazar. Potworny tłok zwiedzających i brak jakichkolwiek ciągów komunikacyjnych. Organizatorzy tak sobie wymyślili, że można sprzedać każdy centymetr hali wystawcom i niech się oni martwią jak sobie tę powierzchnię wykorzystać. Chcąc się więc dostać do stoiska Automobilisty, musiałam przeciskać się między setkami stłoczonych zwiedzających i gęsto poustawianymi motocyklami. Istny koszmar.
Wystawa mimo tego dała mi trochę satysfakcji. Ciekawe było stoisko Automobilisty, gdzie zaprezentowano kilka przepięknych motocykli zabytkowych. Wrażenie robiła piękna WFM 125 z lat 50. na stoisku firmy, która reaktywowała tę z sentymentem wspominaną dziś markę polskich motocykli, oraz dwa nowe motocykle zagraniczne - Honda GoldWing 1800 z 6 cylindrowym silnikiem, oraz angielskie monstrum - Triumph z pojemnością 2300 w trzech cylindrach. Wzorowy porządek i sensowne rozplanowane stoisko były tylko u Harleya. Szkoda jednak, że z kultowego kiedyś motocykla pozostała już tylko legenda, bo podstarzałego już motocykla, z dołożonymi kolejnymi dwoma pokrytymi chromem śrubkami, nikt poważny nie traktuje jako nowego modelu.
Organizatorzy imprezy wyszli z założenia, że motocykle są dla twardzieli, którzy będą się taplali w błocie, przeciskali cierpliwie przez tłumy i jeszcze płacili za to ciężkie pieniądze, byle tylko zobaczyć "swoje" ukochane cudeńka. No cóż, nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni okazuje się, że takie imprezy są tylko czcią oddawaną jednemu Bogu kochanemu przez wszystkich niezależnie od światopoglądów i wyznania - pieniądzom. MOTOR-BŁOTO-SHOW nie doczekał wiosny i zwinął się w niedzielę...
|